Co by powiedział pan Melchior?

Co by powiedział pan Melchior?

Pomyślałem, że warto wytłumaczyć się z jednej rzeczy dotyczącej poprzedniego wpisu. Poświęciłem go genezie „Latającego łososia”. Dlatego wspomniałem w nim o swoich intencjach związanych z odniesieniami do historii Polski. Może więc, w czyjejś głowie zaświtać obawa, że w książce jest wyczuwalny „smrodek dydaktyczny” – określenie wymyślone przez mistrza Melchiora Wańkowicza.

Postawię sprawę jasno. „Łosoś” raczej nie zachwyci kogoś, kto uważa, że literatura dla dzieci powinna być wyprana ze wszystkiego, co nazywamy „tradycyjnymi wartościami”, wiedza o świecie jest zbędnym balastem, a patriotyzm niebezpieczną abberacją. Chociaż nawet dla takich osób sytuacja nie jest całkowicie beznadziejna. Dzieci, które miały już okazję poznać treść części opowiadań, nieźle oceniały ich akcję samą w sobie. Niewykluczone więc, że nawet tropiciele i ortodoksyjni przeciwnicy „smrodku dydaktycznego”, dostrzegą w opowiadaniach coś pozytywnego.

Mówiąc otwarcie, jednym z celów jakie sobie postawiłem, było budowanie u czytelników poczucia dumy z polskiej tożsamości oraz przekonania, że Polska jest ważna. Bardzo się wystrzegałem (chyba mi się udało uniknąć w książce) elementów narodowej megalomanii, nachalnej propagandy, czy prymitywnego moralizatorstwa. Przyjąłem metodę, którą właściwie opisuje podtytuł książki – opowiadania z historią w tle. Chodziło mi o to, żeby dzieci chłonęły pierwiastki patriotyzmu niejako przez osmozę, przy okazji ciekawej dla nich lektury. A jeśli nie każde z nich ma ukształtowaną wrażliwość na te treści, brak nie powinien powodować utraty przyjemności w obcowaniu z „Łososiem”.

Kluczowy wydaje mi się wybór postaci historycznych pojawiających się w „Łososiu”. Są to wybitne osobowości z niezwykłym dorobkiem w dziedzinie techniki, nauki, kultury, sportu. Sądzę, że przykład każdej z nich może się przyczynić do kształtowania w młodych Polakach aspiracji bycia najlepszymi na świecie. Dla siebie, ale też dla Polski.

Jeśli powyżej przedstawione moje motywacje wydadzą się komuś antyreklamą książki, to cóż…. „Łosoś” może się podobać lub nie z różnych powodów. Pewien jednak jestem, że pan Melchior nie doszukałby się w nim opisywanego przez siebie zapaszku. A ja każdy, nawet najmniejszy, rodzaj pozytywnego wpływu na czytelników traktować będę jako potwierdzenie, że książkę warto było stworzyć.