„Latający łosoś” wylądował

„Latający łosoś” wylądował

Wczoraj był 5 grudnia. Ktoś zapukał do drzwi. Czyżby Święty Mikołaj ze swym orszakiem zawitał dzień wcześniej? Okazało się, że to nie on, ale ktoś inny. Także bardzo oczekiwany i powitany przeze mnie z nie mniejszą radością. Stało się – „Latający łosoś” wylądował. Precyzyjnie rzecz ujmując, wystartował z Wrocławskiej Drukarni Naukowej Polskiej Akademii Nauk, a przyziemienie nastąpiło w Świdnicy, w tymczasowym magazynie.

Szybko doceniłem ciężar gatunkowy dostarczonego ładunku. Wynosi dokładnie 570 kg, z którymi trzeba było pokonać pewną ilość schodów  i ostrożnie złożyć w przygotowanym miejscu. Potem nastąpiło przywitanie i bliższe poznanie gościa. Przyznam, że to ekscytujący moment, mimo że tworząc „Łososia” od podstaw, już wcześniej, na każdym etapie jego powstawania, wielokrotnie dotykałem wszystkich detali, z których miał być złożony. Jednak gotowa książka to dla autora zdecydowanie coś innego niż jej projekt. Teraz wiem to na pewno.

Pierwsze wrażenie bardzo dobre. „Łosoś” jest starannie wydany. Krój czcionki przyjazny dla oka. Kolory ilustracji bez zarzutu. Ładnie pachnie farbą drukarską. Przyjemnie trzyma się swoją książkę w ręku. Naprawdę.

Niektórzy ludzie poświęcają swój czas i pieniądze na egzotyczne podróże. Innych cieszy dokonanie jakiegoś ekstra zakupu. Też to lubię, ale mam przekonanie, że nigdy nie sprawiłem sobie lepszego prezentu niż ten dzisiejszy.

Co dalej? Skoro ja mam frajdę z obcowania z „Łososiem”, może jeszcze komuś przypadanie do gustu. Trzeba to sprawdzić. Wszakże jutro dzień Świętego Mikołaja. Dobra okazja, żeby paru bliskim osobom, jako pierwszym wręczyć egzemplarz książki.