„Latający łosoś” wystartował

„Latający łosoś” wystartował

Któż z nas nie odczuwa czasem potrzeby zrobienia czegoś niestandardowego, może nawet szalonego, a przynajmniej będącego wbrew codziennej rutynie? Ja miewam takie nastroje. Gdy dopadły mnie wiosną tego roku, pomyślałem – a może napisać książkę? Nie przypomnę sobie teraz szczegółów, ale było to, gdy pracowałem nad kolejnym zaangażowanym tekstem, w którym opowiadałem się za czymś lub przeciw czemuś. Poza tym, głowę pełną miałem liczb, przepisów prawa i projektów technicznych – normalka w mojej pracy. Pomysł, na który wpadłem dotyczył rzeczy zupełnie innej. Chciałem sprawić sobie autentyczną przyjemność, tworząc coś, co pasowałoby, przynajmniej w przybliżeniu, do określenia „literatura”.

Zastanawiałem się, cóż by to mogło być. Rozwiązanie narzuciło się samo, gdy na świat przyszła Julia, moja wnuczka. Postanowiłem napisać książkę dla dzieci. Zwłaszcza, że mama Julii, której prace plastyczne mają swój niepowtarzalny, ciepły klimat, zapaliła się do przedstawionej propozycji stworzenia ilustracji. Wiedziałem, że mogę też liczyć na żonę, jako krytycznego recenzenta, trafnie wychwytującego fragmenty niewystarczająco zrozumiałe lub po prostu słabe. Ostatecznie „wespół w zespół” z Kasią i Lucyną przystąpiliśmy do działania.

Ponieważ słabo znam się na elfach, królewnach i magicznych zaklęciach, zdecydowałem, że akcja książki toczyć się będzie współcześnie, a bohaterowie będą absolutnie realistyczni – podobni do potencjalnych czytelników. Ponieważ interesuję się historią Polski, nie mogłem oprzeć się pokusie uczynienia z niej ważnego podtekstu wymyślanych opowieści. W rezultacie zrodziła się koncepcja utworku z poważnym przekazem, choć podanym w sposób przyjazny dla bardzo młodych odbiorców. Przy czym, ilość i rodzaj zawartych w tekście informacji mógłby zainteresować także dorosłych. Ideałem byłoby wspólne czytanie i rozmowa o przedstawionych postaciach i wydarzeniach. Stosownie do powyższych założeń określiłem, że optymalnymi adresatami „Latającego łososia” będą uczniowie 2-4 klasy podstawówki. A myśląc o nich, postanowiłem nadać książce formę zbioru opowiadań o objętości możliwej do przeczytania przy jednym niezbyt długim „posiedzeniu”.

Jak to w życiu, względnie łatwo formułuje się plany, ale realizacja bywa niełatwa. Żeby ustrzec się grubego błędu lub rozczarowań, postanowiłem cztery pierwsze opowiadania poddać weryfikacji przez dzieci. Bliscy mi dyrektorzy szkół podstawowych sprawdzili podczas lekcji, jak uczniowie reagują. Oceny tekstów (nie było jeszcze wtedy ilustracji) okazały się obiecujące, a nawet coś więcej. Dla jeszcze lepszego ich przetestowania, osobiście przeczytałem je grupce dzieci z naszej Fundacji Pomocy Biednym Dzieciom „Ut Unum Sint”. Słuchały z uwagą i, co ważne, nikt nie zasnął. Przeciwnie, każde z nich znalazło dla siebie coś ciekawego, choć bardzo różnego. Niektóre właśnie dowiedziały się gdzie leżą Tatry, Persja lub Monte Cassino oraz co to są promienie rentgenowskie. Innych słuchaczy „kręciły” przygody bohaterów: Janka, Krzysia i Zosi.  A niemało dzieciaków dopytywało o szczegóły odnoszące się do prawdziwej historii, choćby budowy Centralnej Kolei Transandyjskiej. Przyznam, że takie właśnie były moje intencje. Chciałem, żeby opowiadania miały szansę stać się atrakcyjne dla dzieci o zróżnicowanej wiedzy, dojrzałości i zainteresowaniach.

Potem musiałem podjąć decyzję, gdzie wydać drukiem gotowy komplet opowiadań. Ponieważ nie cierpię „chodzić po prośbie”, postanowiłem zarejestrować własne wydawnictwo. Sytuacja ta okazała się nieść ze sobą istotne walory poznawcze. Doprawdy, nie wiem, jak mogłem wcześniej żyć bez świadomości kto nadaje numer ISBN, co to jest proof i czym różni się oklejka od wyklejki :). Bardzo pomogli mi przyjaciele i znajomi, którzy świetnie znają się na korekcie tekstów, ich składaniu oraz tworzeniu stron internetowych. Dzięki nim książka została przekazana w ręce drukarzy, a ja niecierpliwie czekam na pierwszy egzemplarz.

Oto w skrócie okoliczności startu „Latającego łososia”. Można by jeszcze wytłumaczyć tytuł książki, ale tego nie zrobię. Jednocześnie, zdecydowanie ucinam spekulacje, że skoro książka ukaże się blisko Bożego Narodzenia, a w tekście są one obecne, tytuł ma coś wspólnego z fantazyjną potrawą wigilijną. Trudno, kto chce wiedzieć, musi przeczytać. A tak na serio, serdecznie zapraszam do lektury.