Ferie zimowe rodzina Strzeleckich spędziła w Zębie niedaleko Zakopanego. Jedną z atrakcji była wyprawa na górę, która nazywa się Gubałówka. Pięknie z niej widać całe Tatry. Na Gubałówkę prowadzi szlak turystyczny. Jednak mama uznała, że Zosi zbyt ciężko byłoby wędrować po śniegu. Dlatego postanowili dotrzeć na szczyt góry kolejką szynową.

Gdy wysiedli z wagonika, Krzyś zagadnął Janka:

– Widzę tory kolejowe, ale nie ma tu żadnej lokomotywy. To jak tu wjechaliśmy?

– Wagony kolejki ciągnięte są na specjalnej linie. Zobacz, jest położona tuż nad szynami, więc trudno ją zauważyć – pokazał Janek palcem i dodał:

– Mnie się zdaje, że w wysokich górach nie mogą jeździć pociągi, bo żadna lokomotywa nie dałaby rady wjechać na takie pochyłości, jak tutaj.

– To nie jest do końca prawda – wtrącił się do rozmowy tato. – Jest w Ameryce Południowej potężne pasmo górskie, trzy razy wyższe od Tatr, gdzie poprowadzono regularnie kursującą kolej. A co najlepsze, dokonał tego nasz rodak Ernest Malinowski. Właśnie on kierował pracami przy budowie ówcześnie najwyżej położonej linii kolejowej na świecie.

Janek przypomniał sobie z lekcji geografii, że wzdłuż prawie całej Ameryki Południowej rozciągają się Andy, jedne z najwyższych i najdzikszych gór na Ziemi. Jednak nie słyszał dotąd nic o jeżdżących tam pociągach. Dlatego zapytał tatę:

– A kiedy to było?

– To wydarzenia dość odległe w czasie. Kolej przez Andy zbudowano w Peru ponad 200 lat temu, w drugiej połowie XIX wieku. Było to wtedy niesamowicie trudne przedsięwzięcie. Gdy Ernest Malinowski po raz pierwszy przedstawił projekt budowy, wszyscy z niedowierzaniem pukali się w czoło. Nawet najwybitniejsi inżynierowie uważali, że plan jest niewykonalny. Na szczęście zaufali panu Malinowskiemu prezydent Peru i jeden z amerykańskich biznesmenów. To za ich sprawą Polakowi powierzono to nadzwyczaj skomplikowane zadanie – odpowiedział tato.

– Wiecie co, teraz raczej podziwiajcie panoramę Tatr. Więcej wam opowiem później, gdy pójdziemy się rozgrzać do schroniska – zakończył rozmowę.

Dzieci niecierpliwie czekały na moment, gdy przy gorącej herbacie z sokiem malinowym tato powróci do swej opowieści. Najbardziej na jej dalszy ciąg czekał Krzyś. Obserwując tatrzańskie szczyty, ciągle się zastanawiał, jak można pociągiem jeździć po jeszcze bardziejstromych zboczach.

– W kolei andyjskiej zastosowano sprytne rozwiązanie – objaśniał tato. – W najtrudniejszych miejscach pociąg pod górę nie jeździł drogą najkrótszą, zgodną z ukształtowaniem terenu. Prowadzono tory zygzakiem, po którym pociąg się wspinał na przemian raz w lewo, a raz w prawo. W zależności od kierunku jazdy, lokomotywa ciągnęła lub pchała wagony. Czasem też stosowano dwie lokomotywy. Jedną na początku, a drugą na końcu składu.

A potem kontynuował:

– Tory kolejowe układano na półkach skalnych wyrąbywanych w zboczach gór. To wymagało ogromnej pracy. Skały wysadzano w powietrze dynamitem, a potem ręcznie wyrównywano teren. Następnie robiono podbudowę pod tor, montowano drewniane podkłady kolejowe, a na nich stalowe szyny. Pamiętajcie, że nie było jeszcze wtedy potężnych maszyn budowlanych, z jakich dzisiaj się korzysta. Poza tym, teraz można przewozić wszystko, co potrzebne, ogromnymi ciężarówkami lub wywrotkami na wielkich kołach. Budowniczowie kolei andyjskiej transportowali materiały na grzbietach mułów i lam.

– A co to jest muł i lama? – wtrąciła pytanie Zosia.

Janek niezadowolony, że dziewczynka przerywa pasjonującą opowieść taty, wytłumaczył jej, jak potrafił najkrócej:

– To są zwierzęta żyjące w Andach. Lama jest jak owca z za długą szyją, a muł jak koń z za krótkimi nogami.

Zosia kiwnęła głową ze zrozumieniem i chciała jeszcze o coś zapytać, ale uprzedził ją Krzyś:

– Jeśli nie było maszyn, to musiało na budowie pracować mnóstwo robotników?

– To prawda – potwierdził tato. – Konieczne było zatrudnienie około 10 tysięcy ludzi. Oprócz trudów pracy, znosili oni bardzo ciężkie warunki życia. Na wysokościach, na jakich się znajdowali, jest rozrzedzone powietrze, którym trudno się oddycha. Większość pracowników mieszkała w namiotach, a przecież w tamtym klimacie nocą temperatura spada do kilkunastu stopni mrozu, a w dzień panują upały.

– Te lamy i muły mieszkają w Andach. To jak rozumiały, co im kazał robić pan Malinowski? – ponownie doszła do głosu Zosia.

– Muły i lamy miały swoich poganiaczy, którzy się nimi zajmowali – cierpliwie wyjaśniał tato i dodał:

– A pan Ernest nie miał kłopotów w porozumiewaniu się z przewodnikami zwierząt, bo znał język hiszpański, którym mówią w Peru. Zresztą, posługiwał się także angielskim, francuskim i rosyjskim.

Zosia już otwierała buzię, żeby zadać kolejne pytanie, ale tym razem Janek był szybszy:

– Ale w Andach jest wiele gór oddzielonych od siebie dolinami, a pociąg przecież nie mógł wspinać się na każde zbocze. Jak sobie poradzono z wytyczeniem trasy?

– To jest właśnie najciekawsze – zaczął tato. – Żeby zbudować linię kolejową w górach, trzeba było wykuwać liczne tunele biegnące wewnątrz masywów górskich. Na całej trasie jest ich 60, a jeden z nich ciągnie się przez ponad kilometr. Jeszcze trudniejszym zadaniem było wykonanie przepraw nad kanionami górskich rzek. Malinowski zdecydował się na stawianie mostów i wiaduktów ze stali, gdyż były tańsze i szybsze w budowie od kamiennych. Projektując konstrukcje stalowe, musiał zapewnić im wytrzymałość wystarczającą do udźwignięcia przejeżdżającego po nich pociągu. Jednocześnie jednak starał się, aby elementy konstrukcji były możliwie najcieńsze, a przez to jak najmniej ważyły. Bo przecież trzeba je było jakoś przetransportować w góry, a potem zamontować. To było bardzo skomplikowane. A jednak Polak potrafił zbudować ponad 50 mostów, w tym most o największej ówcześnie wysokości prawie 80 metrów i długości ponad 170 metrów. Podtrzymujące go podpory spuszczano na dno wąwozu za pomocą lin rozpiętych pomiędzy przeciwległymi urwiskami. Znakomicie poradzili sobie z tym żeglarze, których sprowadzono do pomocy.

– A po co żeglarze w górach? – zdziwił się Krzyś.

– Przecież żeglarze ciągle wspinają się na wysokie maszty, a do obsługi żagli stale używają lin, więc potrafią się nimi dobrze posługiwać – domyślił się Janek.

– Zgadza się – przytaknął tato i dodał, że podczas budowy wykorzystywano umiejętności także innych niezwykłych ludzi. Na przykład zatrudniano górników umiejących drążyć tunele i Indian żyjących bardzo wysoko w górach. Dzięki temu nie odczuwali oni tak bardzo lęku wysokości i byli specjalistami w wykonywaniu kładek nad największymi urwiskami.

– Fajnie się was słucha, ale musimy już zbierać się do zjazdu kolejką na dół, bo wkrótce zacznie się ściemniać – powiedziała mama, która zawsze troszczy się o bezpieczeństwo rodziny.

– Ale ja jeszcze czegoś muszę się dowiedzieć, a Janek i Krzyś mi przeszkadzali – pożaliła się Zosia.

– Interesują cię muły czy lamy? – zadrwił z siostry Krzyś, sądząc, że jej kolejne pytanie, jak poprzednie, będzie dosyć dziecinne. Jednak mocno się zdziwił, słysząc jej głos:

– Tato, przecież Ameryka jest bardzo daleko od Polski, prawda? To skąd się w tej Ameryce wziął pan Ernest?

– O tak, to trzeba wyjaśnić – stwierdził tato.

– Pamiętasz Zosiu, jak dziadek przed wigilią mówił ci, że były takie czasy, gdy nie było Polski, bo znajdowała się pod obcymi zaborami. To wówczas urodził się Ernest Malinowski. Jego najbliżsi brali udział w przegranym powstaniu przeciwko Rosji, nazywanym powstaniem listopadowym. Walczyli w nim tato i starszy brat Ernesta, a on sam z mamą i młodszym bratem uciekł przed niebezpieczeństwami wojny do Galicji. Miał wtedy 13 lat. Po upadku powstania cała rodzina, podobnie jak wielu innych Polaków, udała się do Francji. Tam Ernest chodził do szkoły. A ponieważ był bardzo zdolny, ukończył najsławniejszą francuską uczelnię kształcącą inżynierów. Właśnie na studiach zdobył wiedzę, a potem też praktykę w budowie dróg i mostów. Gdy był już doświadczonym budowniczym, otrzymał propozycję wyjazdu do Peru, gdzie bardzo potrzebowano fachowców. Zgodził się na objęcie stanowiska rządowego inżyniera. Dalszą historię już znacie. Dopowiem wam tylko, że Ernest Malinowski zyskał ogromną sławę na świecie, jako wspaniały inżynier. Do dzisiaj pamiętany jest również w Peru. Traktuje się go tam, jak bohatera narodowego. Dlatego postawiono ku jego pamięci kilka pomników.

– Teraz już naprawdę musimy się pospieszyć – ponagliła mama i wszyscy podążyli do wagonika zjeżdżającego z Gubałówki.

Podczas zjazdu z góry Zosia pilnie rozglądała się, czy po drodze będą mijać jakieś mosty wiszące nad przepaściami. Nic takiego jednak nie było, więc zaczęła sobie przypominać całą rozmowę. Nie była pewna, czy muł ma za długie, czy za krótkie nogi. Gdy rodzina wyszła ze stacji kolejki na ulicę, minął ich góralski zaprzęg z dzwoneczkami. Ciągnęły go dwa konie. Zosia spojrzała na nie i pomyślała, że z ich nogami, inaczej niż u mułów, raczej wszystko jest w porządku.